Po rajdzie

włącz .

Rajdy rajdy i po rajdzie...

Cóż, jak to zwykle bywa dobre chwile szybko się kończą. Emocji było sporo, jazda całkiem całkiem, zatem czas na małe wspomnienia :)
 
 
W nocy z 26 na 27 czerwca przemierzyliśmy drogę z Krakowa do Mikołajek w składzie:
 
Ania alias -> Pik Pok
Gosia alias -> Gosiek
Adrian alias -> Patryk
and Adam (czyli ja ;-))
 
Nasza ogromna ekipa zmieściła się w jednym autku : )
Należy też dodać że nikt z nas nie należał do starych wyjadaczy kibiców rajdowych, więc nie bardzo wiedzieliśmy co i jak. Tak, siak czy owak, postaram się w skrócie opowiedzieć o rajdzie z naszej perspektywy, gdzieniegdzie wklejając lepsze lub gorsze zdjęcia.
 

WWWWwwwwiiiiiiiooooooo... 

Po przyjeździe, rano odrobinkę się przespaliśmy, bo wiedzieliśmy że oesy z dzisiejszego dnia i tak odpuszczamy (pomijając Arene). Czas poświęciliśmy na rekonesans OSów dnia następnego. Przemieszczaliśmy się autkiem z tylnym napędem, często po trasie oesów dnia następnego oraz po innych szutrowych drogach. No BOMBA, troszeczkę mi było zawieszenia szkoda ale odczucia z jazdy po tym twardych piaskowych szuterkach nie do zapomnienia. Może to było nieco nieodpowiedzialne ale nie mogłem się powstrzymać polecieć lekko boczkiem :) 
 
Rekonesans był o tyle ważny że mieliśmy ze sobą 60m2 Robertową flagę i szukaliśmy miejsc w których na legalu i nie przeszkadzając kibicom będziemy mogli ją rozwiesić. Jednak znalezienie takiego miejsca nie było łatwe (blisko trasy oesu, nie przeszkadzając kibicom, a i by może Robert ją zobaczył). Postanowiliśmy jednak że polecimy z flagą na spontanie.
 
Zwiedziliśmy również cały obiekt Rajdowy przy Arenie. Widok dość nudny, ponieważ nie było w nich ani zawodników/rajdówek ani kibiców. Co dziwne obsługę też ciężko było znaleźć. No ale nie ważne, zrobiliśmy rekonesans, wejściówki papierowe wymieniliśmy na plastikowe i hey. 

 

Następnego dnia nastał czas rajdowania...

Nie poszło wszystko jak zakładaliśmy. Z uwagi na to że nie mieliśmy doświadczenia w przemieszczaniu się pomiędzy oesami więc udało nam się tylko kilka oesów zobaczyć. Na niektóre się spóźniliśmy (serdecznie "dzięki" obsłudze przy zakazach wjazdu na oes, według nich 3 km = 6km). Ale nieważne, w zamian los dał nam nieco szczęścia i na powrocie z oesu spotkaliśmy życzliwych ludzi którzy nas powieźli i przez nich zaoszczędziliśmy 4 km spaceru w pełnym słońcu. Okazali się braćmi Bębenek :) Bardzo fajni, wyluzowani kolesie. Poradzilimi nam też gdzie jechać, wielkie dzięki !! :) 
 
Innym razem pędziliśmy dojazdów-ką na oes (aż zdziwiony byłem że tak trzeba grzać) w lusterku zauważyłem jak ktoś wyprzedzając "skacze" rajdówką. W sumie nic dziwnego, mając spore przyspieszenie nie było to nawet przez moment niebezpieczne. Gdy się nieco zbliżył, zauważyłem że to nasz Robert. Mówię do znajomych - patrzcie Robert nas zaraz "pyknie" trza mu się usunąć. Zatem migacz w prawo, nieco zwolnić, bez gwałtownych ruchów i pilnować prawego krawężnika. Nie minęło dużo czasu jak Robert nas "dopadł", ponoć zrównał się z nami, uśmiechnął się, pomachał i wziuuummm - już go nie było. Piszę "ponoć" bo ja tego nie widziałem, żałuję ale droga była kręta i mój wzrok był wpatrzony w prawe lusterko by zostawić maksymalnie dużo miejsca. Cóż, takie życie kierowcy, pomyślałem trudno, jeszcze mi los da :)
 
Kurcze, wiem że może to dziecinnie zabrzmi ale jak byliśmy nieco wkurzeni że nie zdążyliśmy na poprzedni oes to po takiej pierdułce, po zobaczeniu obok nas przejazd naszego idola atmosfera w 3 sekundy sięgnęła zenitu. Nawet nie wiem jak to nazwać, adrenalinka? moc? Co by to nie było i tak naładowało nam to bateryjki.
 
Tak czy siak, mam nadzieję że miło mu się zrobiło że zobaczył kibiców ze swojego rodzinnego miasta tym bardziej że tylną szybę mieliśmy (w sumie nadal mamy) obklejoną folią OWV z miniaturą flagi dla Roberta. 
 
Reszta dnia (sobota) przebiegła już po naszej myśli, oesy oglądnęliśmy, kamieniem i kurzem dostaliśmy, foty porobione, piwko wypite :)
 
Choć czegoś nadal brakowało...
 
Poniżej umieszczam fotki które udało nam się zrobić. Niewiele na nich Roberta ale był za szybki ;-)
Filmików też mamy mnóstwo ale sam nie wiem czy umieszczać. Krótkie 30 sekundowe filmiki, jest tego strasznie dużo. Może umieszczę później.

 

Niiieeeedzzziiieeeellllaaaa, była już krótka...

Pobudka z rana, szybkie śniadanko, kawka etc i hyc na oesy. W ostatni dzień było ich naprawdę kilka i oczywiście nie załapaliśmy się na wszystkie. Tutaj również "podziękowania dla obsługi rajdu" za na prawdę "rzetelną" informacje co, jak i gdzie iść. Porażka - weźcie na następny raz jakieś zorientowane osoby bo mówiąc do nas "myślę że 500m" z którego robi się 1,5 km nie jest nawet odrobinę precyzyjne. Albo "ta droga jest zabytkowa i nie można po niej chodzić" - na pytanie jak to możliwe, skoro wczoraj jeździły po niej auta/chodzili ludzie, nie ma tam ani pół znaku zakazu - nie potrafili odpowiedzieć. Rozumiem strach przed zdewastowaniem obiektów historycznych, ale bez jaj, przejście drogą koło zniszczonego budynku chyba mu nie zaszkodzi a taki skrót skrócił by wielu ludziom 20 min marszu (spacery spoko, ale tu chodzi o czas!).
 
Na ostatnim oesie zostaliśmy długo bo zdawaliśmy sobie sprawę że możemy i tak nie zdążyć na godz:14 na dekorację. W sumie dobrze zrobiliśmy ponieważ korek do Mikołajek był masakryczny. Flagę również tutaj udało nam się umieścić na trawce. Może gdzieś zostanie pokazana ponieważ helikopter filmujący przejazdy, nawrócił się, obniżył lot, przechylił lekko na boczek i zaczął nad nią krążyć wydając przy tym dziwne piski. Kto wie, może będziemy w TV ;-)
Poniżej wybrane fotki:

 
Po ostatnim oesie wróciliśmy do Parku serwisowego, ekipki naprawdę sprawnie potrafią się zebrać. Zadziwiające że te wszystkie gadżety potrafią w tak szybkim czasie spakować all do ciężarówek. Nastał czas na leniuchowanie i szwendanie się po obiekcie. Ludzi było już jakby mniej, więc zaraz po wyszabrowaniu kolejnej porcji gadżetów rajdowych spoczęliśmy na piweczku. 
 

Czas na odrobinę szczęścia :) ...

Nagłówek chyba jasny dla wszystkich, w końcu odrobinę szczęścia nam dopisało. Nie zdradzę wam jak to się stało ale mieliśmy okazję z naprawdę bliska zobaczyć Roberta. Ba udało się zdobyć oryginalne autografy a co po niektórym nawet fotki z Robertem. Powiem wam że podziwiam go, że po czterech turbo intensywnych dniach rajdowych, siedział sobie jakby nigdy nic, wpierniczał "kotleta" i gadał z kolegami rajdowymi. Co chwilę ktoś do niego podchodził i przerywał posiłek prosząc o autograf lub foto. Normalny człowiek prędzej czy później by się wkurzył lub robił to co najmniej z niechęcią na twarzy. On nie!
 
Poczekaliśmy aż przestanie jeść (by dać mu spokojnie się posilić) po czym moja kobietka popędziła do niego celem wytargania autografów. Podeszła, obrócił się, zerknął na pocztówkę z jego podobizną, wziął długopis i machnął. Już miał oddać ale zorientował się ze są dwie pocztówki, hihi... i podpisał drugą. Moja kobietkę zatkało, chyba tylko wyszeptała - dziękuję :)

Zatem mieliśmy dwa autografy którymi łatwo było się podzielić, co z resztą uczyniliśmy.
 
Znajomi mieli nieco więcej szczęścia, ponieważ podejrzewam że zdobycie Selfie z Robertem to nie lada gratka.
Zobaczcie fotki poniżej :)